Yerbaciane opowieści

       Podobno istnieje coś takiego jak „imprint”, wzór, który zapada w pamięć przy pierwszym spotkaniu z kimś, czymś, podczas wykonywania jakiejś czynności po raz pierwszy. Wyznacza to potem nastawienie człowieka do danego zagadnienia i określa to w jaki sposób będzie je traktował. Pewnie w wielu przypadkach jest to szczera prawda –wystarczy zerknąć na to jak niektórzy ludzie popełniają stale i wciąż te same błędy i pomyłki, lub jakby wiedzeni jakimś tajnym instynktem wybierają to co najlepsze.

 

        Jaki ma to związek z yerba mate? Ano taki, że podobnie jak wielu innych ludzi moje zetknięcie z tym zielskiem było opłakane w skutkach. Zachęcony opowieściami jakie słyszałem tu i ówdzie sprawiłem sobie siatę czegoś co przypominało pociętą i jakby ususzoną wiecheć chwastów. Owo „coś”, mimo niepozornego wyglądu miało posiadać więcej pozytywnych właściwości niż zdrowotna bomba witaminowa i napój druidów zmieszane do kupy.

 

        Moje przygotowanie było słabe. Nie posiadałem informacji jak właściwie zaparzać „siorbatkę”, tego, że potrzebuję jakiejś rurki do picia i tak dalej i tak dalej. Były to inne czasy – chociaż istniał już Internet, niełatwo było w nim znaleźć potrzebne informacje, wiele rozpoznawalnych i masywnych stron w ogóle nie istniało. Tak się jakoś złożyło, że i ludzi, którzy pijali mate nie było pod ręką, zatem... Potraktowałem zielsko jak zwykłą sypaną herbatę.

 

        Efekty, jak to się można było spodziewać były opłakane. Przegotowany, niesmaczny napój, fragmenty zieleniny między zębami i niezłomne postanowienie, że już nigdy w życiu nie spróbuję tego paskudztwa. I tu zgadzałaby się hipoteza „imprintu”, o której wspominałem na początku. Zapewne utrzymałaby się ona w funkcjonowaniu długo, o ile nie na zawsze, gdyby nie fakt, że całe lata później pewien mój serdeczny znajomek mimochodem wspomniał o tym, że stosuje to „zielsko z Ameryki Południowej”. Od słowa do słowa, skończyło się na tym, że po praz pierwszy spróbowałem yerba mate takiej, jaką powinna być przygotowaną.

 

        Dzisiaj, jakąś dekadę czy dwie później mate stanowi tak zwyczajny element życia, że w zasadzie o niej nie myślę. Właściwie to „zielsko” stało się rodzinną tradycją. Amandę popijają oboje rodziców, twardo obstając przy tym, że to jej zawdzięczają wyregulowanie ciśnienia. Green stanowi ulubione remedium mojej żony na zmęczenie w pracy. Upodobała sobie również alternatywny sposób picia w postaci terere. Ja sam, gdy czuję się zdechle, a muszę pracować do późna, sięgam po Taragui energię. Gdy nadchodzi pora taka jak obecnie – chłodna, mokra i wietrzna – zwiększam ilość zaparzanej Rosamonte. Czasami eksperymentujemy, dodając do napoju łychę miodu, albo nawet (o zgrozo!) odrobinę sypanej kawy.

 

        Jestem o tym przekonany, że mate to coś więcej niż tylko „siorbatka”. To cała podróż, której nie można odbyć jednym skokiem, a której każdy etap niesie ze sobą nowe odkrycia, nowe zdobycze. Jeśli zatem mate nie przekonała cię za pierwszym razem, nie zrażaj się, nie pozwól aby „imprint” podejmował za ciebie wybór. Spróbuj jeszcze raz, tym razem być może z innym rodzajem mate, albo inną metodą parzenia. Na pewno warto.

 

Raiin

  • facebook
  • twitter
  • googleplus1
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel